sobota, 9 marca 2013


Część II.          

  Tak jak mówiłam, Tunezja wczesną wiosną jest rajem na ziemi. Łagodna bryza od morza, aleje palmowe, szafirowe baseny wśród ogrodów hotelowych tonących w zieleni i kwiatach, piaszczysta plaża. Żyć, nie umierać!
            I ja właśnie przyjechałam tu, by żyć. Żyć bez lekarstw. 
Ale najpierw o Tunezji. Pojechaliśmy po raz pierwszy na wczasy zorganizowane przez biuro podróży. TUI - piękne podróże. Chcieliśmy, by żadne przyziemne troski nie zakłócały nam pobytu, który w całości lub prawie w całości chciałam poświęcić na wyciszenie i samoleczenie.


          Biały hotel wśród palm całe wewnętrzne ściany miał pokryte kafelkami w orientalnym stylu, w kolorach niebiesko, zielono, złotym. W pokoju wykafelkowane było nawet podwyższenie, na którym leżał luksusowy materac i bardzo piękna satynowa pościel. Białe zasłony powiewały na wietrze, jak w filmie, a za oknem tropikalny ogród pełen kwiatów kusił do przechadzki. 
          Śniadanie w formie szwedzkiego stołu, chyba kilkunastometrowej długości. Za stołem kelnerzy w czerwonych kamizelkach i fezach podawali rozliczne potrawy, których nazw nawet nie starałam się zapamiętać. Rozmowy przy stołach i wśród obsługi tylko w języku francuskim i niemieckim. 
            Mimo zaplanowania sobie zupełnie innych zajęć, skusiliśmy się na wycieczkę do Tunisu i Kartaginy.


            Nasz przewodnik miał duże poczucie humoru, i wydaje mi się, że również odwagę, gdy pokazał nam w Tunisie z okien autokaru pięciogwiazdkowy hotel z pełnym wyżywieniem i obsługą za darmo, jak mówił. Jednak wysokie mury, maleńkie, zakratowane okienka i wieże strażnicze nie pozwalały mieć złudzeń, co do przeznaczenia tego hotelu.
            Zanim poszliśmy na bazar, zostaliśmy uprzedzeni o konieczności noszenia przez kobiety maxi spódnic i bluzek z długim rękawem. I trudno się dziwić, arabskie kobiety owinięte były od stóp do głowy kremowym materiałem, przytrzymywanym od spodu ręką. Jeżeli niosła jedną siatę z zakupami, było jeszcze jako tako, jeżeli niosła dwie siaty, to materiał musiała trzymać w zębach. Wcale nie robię sobie hecy. Na  suku, czyli zadaszonym bazarze, gdzie można się zupełnie zgubić w krętych uliczkach i przejściach, pooglądaliśmy sobie różne wyroby. 
         Gdy sprzedawcy usłyszeli, że mówimy po polsku, od razu znaleźli się elegancko, odśpiewując nam: "Monika, dziewczyna ratownika" i potem jeszcze wśród gwaru wielonarodowych rozmów, raz po raz słyszeliśmy tę piosenkę. Chyba w ten sposób przekazywali sobie wiadomość, że nadchodzą Polacy, choć było nas tylko dwoje w niemieckojęzycznej grupie.


          Jeżeli ktoś chce kupić zapachowe bazy perfum, to właśnie w Tunisie jest we właściwym miejscu. Tunezja słynie bowiem z dostarczania do Francji olejków zapachowych, nawet do najdroższych perfum. Dlatego była dla Francji taka cenna przed wojną, ale nie była kolonią, tylko protektoratem, co z naciskiem podkreślał nasz pan przewodnik. 

Ulice Tunisu wyglądały trochę tak, jakby trwał strajk generalny we wszystkich dziedzinach gospodarki Tłumy dorosłych mężczyzn stały grupkami na ulicach. Nasz przewodnik poinformował nas, że bezrobocie jest ogromne, czasem w całej wielopokoleniowej rodzinie pracuje tylko jeden mężczyzna. 
        
 Był to okres tuż przed Ramadanem. Na trawnikach dzieci pasły baranki przeznaczone na świąteczną ucztę. Dobrze, że w Europie baranki świąteczne są z cukru. 

         Dojechaliśmy w końcu do miejsca, gdzie stała Kartagina.





         Skalisty półwysep nad cudownej urody zatoką był grobem tego fenickiego miasta. Nie całe zostało dotąd odkopane. Na części ruin stoi pałac prezydencki chroniony przez wyprostowanych żołnierzy patrzących bez zmrużenie oczu wprost na turystów. Nie wolno robić zdjęć w tamtym kierunku, uprzedził nas przewodnik. I choć zerkaliśmy co trochę w zakazaną stronę, jednak bez reszty wciągnęła nas historia Kartaginy. 
         Założona przez Fenicjan rozwijała się bez przeszkód, póki nie stała się zagrożeniem dla Rzymu. Raz zburzona, podniosła się z ruin i znów stała się potęgą na Morzu Śródziemnym tak wielką, że zaczęła kolonizować dzisiejszą Hiszpanię. 
         Fenicjanie byli przedsiębiorczymi kupcami, podobno wynaleźli pieniądze, z czego do dziś jedni cieszą się, a inni smucą. 
         W końcu Rzym poczuł się tak zagrożony, że jeden z senatorów, wielki mówca Katon, każde swe przemówienie w senacie kończył stwierdzeniem: „ a Kartagina i tak musi zostać zniszczona”, bez względu na to, na jaki temat mówił. 
         U nas też go naśladował inny wielki mówca, który swe przemówienia kończył: „ a Balcerowicz i tak musi odejść”. 
         Tak silny jest wpływ klasycznego wychowania w Polsce.     
         Katon tak długo męczył Senat, aż doprowadził do wojny z Kartaginą i rzeczywiście została ona zdobyta i zburzona.
          I tu potwierdza się to, co kiedyś pisałam: dobry wróg jest wart naprawdę wiele. Rzym pozbawiony silnego wroga popadł w samozadowolenie i powoli zaczął chylić się ku upadkowi. Upadek Kartaginy stał się przyczyną upadku Rzymu. 

Tak więc kochajmy i szanujmy naszych wrogów, bo dzięki nim zachowujemy czujność!






środa, 6 marca 2013


Część 17.

         
        Dlaczego tak skonstruowana jest ludzka psychika, że koniecznie potrzebuje bóstw na swoje własne podobieństwo, że zauważa i akceptuje tylko wielkości średnie, a w nich Absolut po prostu się nie mieści? 
          Dlatego nasi praprzodkowie widząc na przykład rozszerzający się pożar, który niszczył ogromne połacie lasu lub wylew potężnej rzeki, albo szalejące w czasie sztormu morze, robili jedyną rzecz, jaką mogli zrobić, by oswoić żywioł - w swoim mózgu, jak w komputerze znajdowali polecenie: “zmień rozmiar” i klikali strzałeczką. I od razu dziki żywioł stawał się bóstwem.
        Teraz już mieścił się w ludzkich wielkościach średnich. Jako bóstwo miał swoje imię, swoje życie, namiętności i emocje. Wściekał się lub był łagodny i dobroczynny. Można było mu pomóc ofiarami, rytuałami i modlitwami w jego problemach a on odwdzięczył się, pomagając w ludzkich sprawach. Jak potężny, możny sąsiad, albo władca. 
         I tak bogowie zamieszkali wśród ludzi i w tej pierwotnej, najbliższej naszej psychice postaci, mieszkają po dziś dzień.   
         Stąd przebłagalne rytuały, pielgrzymki i posty, stąd modlitwy, psalmy, mantry i badżany. Zastępcza forma Boga żyje wśród nas i ma się bardzo dobrze.
        Jeżeli odmówisz ileś tam litanii, nowenn, cząstek różańca, to bóstwo ci się odwdzięczy. Jeżeli zamówisz ileś tam mszy, nabożeństw i do tego pójdziesz na pielgrzymkę, to przekupisz bóstwo jeszcze skuteczniej. 
        I obojętne, czy to Allach, Śhiwa, Jezus, czy Jahwe. Według ludzkich kryteriów - coś za coś - to najlepiej sprawdzona metoda. Według ludzkich wielkości średnich - zapewne tak.
        Zapominamy jednak o tym małym kliknięciu: “zmień rozmiar”. To, co odnosi się do ludzi, działa według ludzkich zasad. To, co odnosi się do Absolutu…
        W moim ultra, podobno, katolickim kraju mam wspaniały poligon doświadczalny. Religia biegnie swoją szyną, życie swoją - równolegle i bez żadnych punktów wspólnych i jak prawdziwe szyny nigdy się nie łączą, tak i tutaj tylko katastrofa może spowodować, że na krótką chwilę skręcą się i zwiną i połączą w całość.
        W Niemczech, gdzie mieszkałam kilkanaście lat, jest już trochę inaczej. Pierwszą naszą Wigilię i Święta Bożego Narodzenia, co zawsze ze wzruszeniem wspominam, spędziliśmy w zupełnie nieznanej rodzinie. W rodzinie, która chciała gościć w Święta obcych, cudzoziemców, by w taki sposób uczcić niezwykły klimat Bożego Narodzenia.  
        Bruno i Karin Meyer - pamiętam o Was! 
        Ile osób w moim kraju zdecydowałoby się na to? Wiele osób nie chce przy wspólnym stole w Święta usiąść z osobami, których nie lubią, a co dopiero z obcymi. Ale mimo to na każdym stole stoi pusty talerz dla samotnego przechodnia, którym może okazać się przecież tak gorąco czczony Jezus.
       Pusty talerz i pusty gest. Obłuda, obłuda i obłuda. 
       I tak dwie szyny nie tworzą torów, po których pięknie i bezpiecznie mknie ludzkie życie, lecz oddzielone od siebie biegną w nieskończoność bez żadnej korzyści dla kogokolwiek.


Zdjęcia: >Wschód słońca w Himalajach< Zdzisław Groblewski
             >Zachód słońca nad Zatoką Arabską< - zdjęcie własne

wtorek, 5 marca 2013

Część I

        To była najważniejsza podróż w moim dotychczasowym życiu. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o niej napisać, czy to, co w czasie niej przeżyłam jest możliwe do zaakceptowania przez osoby, które na ten temat nie mają żadnych doświadczeń. Jednak każde tu napisane słowo jest prawdą, sama co dzień zaświadczam o tym swoim życiem.
         Podróż jak wiele innych, która z banalnego przemieszczania się w przestrzeni zmieniła się w podróż do krainy mojej podświadomości, do krainy mojej duszy.
         Tuż przed Wielkanocą przechodząc obok biura podróży zauważyliśmy kuszącą ofertę Last Minut - dwa tygodnie w Tunezji w przystępnej cenie w ośrodku w Hammamet. Wielkanoc była dość wczesna, nie spodziewaliśmy się upałów, tylko miłego trzydziestostopniowego ciepełka. Czasu mieliśmy niewiele, ale wyjazd przygotowaliśmy bardzo dokładnie.
        Lot do Afryki ogromnym Boeingiem wiozącym przeszło 300 osób przebiegł spokojnie, potem godzinka autem, które po nas przyjechało z hotelu i już mogliśmy podziwiać palmy, kwitnącą tropikalną roślinność, spacerować piaszczystą plażą nad ciepłym morzem, kąpać się w basenach wśród bujnej roślinności. 
        Raj.


         
           A jak raj, to pełnia szczęścia, wieczna młodość i żadnych chorób.
Ja jednak od kilkunastu lat byłam chora. Przez tyle lat co dzień zażywałam w dużych dawkach hormony tarczycy i miałam je zażywać przez wszystkie dni mojego życia. 
          Wiele lat wcześniej moja tarczyca zbuntowała się. Zdiagnozowano niedoczynność. A wyglądało na to, że jest to w ogóle nieczynność. Tak że diagnoza „niedoczynność“ wydawała mi się w tej sytuacji raczej komplementem w stosunku do organu, który nie działał.
         Na setkach opakowań, które zużyłam, precyzyjnie było napisane: poniedziałek, wtorek, środa… żeby, broń Boże, nie zapomnieć.
         Mimo wszystko zdarzyło mi się to kilka razy. Wtedy powracały objawy - przede wszystkim zmęczenie tak wielkie, że każdy krok był okupiony koszmarnym wysiłkiem, jakbym brnęła w głębokiej wodzie. Nie mogłam nic zrobić, nie mogłam nawet podnieść rąk, żeby się uczesać. Głos stawał się prawie niezrozumiały, bełkot jak u kogoś, kto zbyt dużo wypił alkoholu. Dlatego nigdy nie rozstawałam się z opakowaniami hormonów. 


          
         Teraz jednak, do tego raju pełnego kwiatów, ptasich świergotów i wypełnionego nieznanymi, orientalnymi zapachami, postanowiłam nie wnosić mojej choroby i jej atrybutów. 
Zrobiłam to po długim zastanowieniu i mocnym, bardzo mocnym stwierdzeniu - dość tego! Nie chcę! Mam tego dosyć! 
I żadnych półśrodków!!!
         Dlatego nie wzięłam ze sobą lekarstw! 

          Zamiast tego w bagażu miałam aromatyczne olejki, muzykę relaksacyjną oraz pobudzającą działanie czakr, kamienie lapis lazuli, kamienie granatu, jedwabną chusteczkę w kolorze szafirowym, kilka książek i dużo, dużo wiary, że sama się uzdrowię.




















                >Zdjęcia własne<

niedziela, 3 marca 2013



Część 16

         Rano pobudka o piątej. Puttaprthi budzi się po czwartej. Śmieciarze zaczynają sprzątanie, ale tak to jakoś sprytnie robią, że nigdy nie jest czysto. Zawsze jakaś część śmieci jednak leży na ulicy. Może mają jakiś system, według którego jedne śmieci biorą, a innych nie. 
        Zresztą i tak wszystko wyrzuca się na ulicę. Właściciele sklepików sprzątają przed swoimi wystawami wymiatając odpadki na środek ulicy, skąd jeżdżące skutery i taksówki wmiatają je z powrotem pod sklepy. 
        I tak zabawa trwa. Nie ma chodników, więc spacerujący lub spieszący gdzieś w interesach łażą po tych śmieciach cały dzień. Handlarze polewają też ulicę przed swoimi lokalami wodą, więc można wpaść w błotnistą kałużę.
        Ale w porównaniu z resztą Indii jest tu podobno wspaniale. Nawet żebracy nie są zbyt nachalni. Nowi znajomi powiedzieli, że to Indie w wersji light. Powinni się reklamować: “Tu możesz bezboleśnie przyzwyczaić się do Indii”.  
        Teraz mieliśmy okazję zobaczyć, jak budzi się miasto. Uliczne garkuchnie już w najlepsze funkcjonują sprzedając gorące mleko i pieczywo sklepikarzom i straganiarzom, którzy układają towar. Sprzedawcy leją mleko do papierowych kubków z takiej wysokości, że to nie do uwierzenia. Tylko Grecy, lejąc z wysoka wino prosto do ust, są tak samo dobrzy w tej sztuce, jak myślę.
         Rząd taksówek już czeka przy bramie aśramu. Znajomi wychodzą i pakujemy się po trzy osoby do tuk-tuka, tak się tu mówi na te trójkołowce, które w pierwotnej wersji miały silnik dwusuwowy i wydawały charakterystyczny odgłos tuk tuk tuk.
         Pojazd ma tylko daszek, więc o piątej z minutami jest dość zimno, gdy pędzimy z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę. Owijamy się moim szalem. 
        Płacimy 20 rupii od taksówki, czyli trochę mniej niż za obiad w hinduskiej stołówce, na jedną osobę to po prostu śmieszna kwota. 
        Jest jeszcze prawie ciemno i kilkupiętrowy dom nie prezentuje się zbyt dobrze. 



        Gdy przyjechaliśmy wiele lat temu do Niemiec z naszej zgrzebnej demoludowej ojczyzny, mieliśmy wrażenie, że wszędzie, ale to dosłownie wszędzie właśnie przeprowadzono generalny remont, tu zaś ma się wrażenie, że już wkrótce trzeba będzie wszędzie generalny remont przeprowadzić.  
        

         Na parterze bierzemy maty do ćwiczeń i idziemy na taras. Tarasy na dachach to wspaniały wynalazek w ciepłych krajach. Tu robi się wszystko: pierze, suszy, kąpie, słońcem grzeje wodę do domowego wodociągu, a wieczorem je i odpoczywa. Taras w Klinice doktora Rao ma ozdobne bariery, oczywiście jest tu zbiornik na wodę, ale też podwyższenie dla prowadzącego jogę lub medytację. 
         Jest szarówka, świeci tylko księżyc prawie w pełni, a na wschodzie Gwiazda Zaranna. 
          Przychodzi prowadzący jogę krzepki starszy Hindus w szarym dresie, siada na podwyższeniu na piętach, zwraca uwagę na właściwą postawę i zaczynają się ćwiczenia oddechowe. 
         Nie biorę udziału w jodze, lecz siadam tuż przy barierce na macie od wschodniej strony i obserwuję rozpoczynający się spektakl. Na ciemnym niebie na wprost mnie jasno świeci samotna gwiazda, wzgórza wokół Puttaparthi są ledwie widoczne. Z czasem niebo trochę różowieje na horyzoncie, zaznacza się jakaś kotlinka wśród wzgórz, widać samotne drzewo, pojawiają się pierwsze, drugie i trzecie plany otulone mgiełką, jak na chińskiej akwareli. 
         Siedzę nieruchomo i swoim podziwem śpiewam mój własny, niewymyślny hymn chwały. Ptaki także śpiewają i cała okolica, jak ja, czeka na ukazanie się słońca. 
         Nagle ptaki milkną i na linii wzgórz pojawia się wyraźna, pomarańczowo-czerwona wstęga, wytryskują płomienie i w siodełku między wzgórzami pojawia się wąski okrąg czerwony jak ogień. Słońce wstało, jak przed milionami lat, jak zawsze.
         Nie dziwię się, że wędrówka ta tak fascynowała ludzi, że budowali, nie szczędząc sił, obserwatoria astronomiczne do badania ruchów planet, bo wiedzieli, że od słońca zależy życie na Ziemi. Faraon Ehnaton zaś uczynił je jedynym bóstwem w Egipcie, co się zresztą dla niego kiepsko skończyło. 
         A słońce jak świeciło, tak świeci, nic sobie nie robiąc z naszych usiłowań. Świeci dla dobrych (w naszym wyobrażeniu) i dla złych (jak nam się wydaje), zupełnie tak samo. 
         I właśnie tak samo, jak myślę, działa Bóg. 
        My sobie coś tam wyobrażamy, do czegoś dążymy, czymś się martwimy, a Bóg, jak życiodajne słońce swym światłem, po prostu otacza nas Miłością. Nie mam takich ambicji jak Ehnaton, ale chętnie sobie wyobrażam, że żyję otoczona światłem, tym życiodajnym, niezwykłym, niedefiniowalnym Boskim Światłem.
        I niech mnie spalą na stosie!
        Bo nie mogę sobie wyobrazić, że coś mogłabym zrobić, by dostać większą porcję tego Światła, na przykład modlić się, umartwiać się, pościć, czy coś jeszcze innego. Dostaję tyle, ile dostają inni, bo wszyscy tu żyjemy. 
I nasze wyobrażenia nic tu nie mogą zmienić. 
         Religie różnymi drogami miały doprowadzić nas do tego samego Domu, a służą podziałom, nienawiści i strachowi. 
         Smutne.     


>Zdjęcia: Zdzisław Groblewski i własne<

środa, 27 lutego 2013


Część 15.

          Więc gdy obejrzałam się i nie zobaczyłam mojego Ukochanego na ulicy, z całej siły starałam się nie dać po sobie poznać, w jaką wpadłam panikę, ale nie miałam przecież wytłumaczenia, dlaczego zniknął gdzieś bez słowa. 

Uliczna tłocznia soku z trzciny cukrowej
          
          Elżbieta zauważyła moją konsternację i pocieszała mnie, że mąż i weksel zawsze wracają. Ja jednak byłam okropnie niespokojna, pożegnałam ich i poszłam do domu. 
           

         Mój Ukochany siedział sobie spokojnie z Anką i Lakshmi i ucieszył się na mój widok. Najwyraźniej zniknął w zupełnie naturalny sposób. 
         Pogadaliśmy i pośmialiśmy się chwilę. Lakshmi wzięła moje materiały na sari, żeby uszyć maleńkie bluzeczki w tym samym kolorze. Bo materiał na sari mierzy 6 metrów, ale na jego końcu jest przeznaczony metr na bluzeczkę. Przeważnie ma trochę inny wzór, ale oczywiście doskonale dobrany do wzoru na reszcie materiału. Czasami też ma ozdobny szlak, który służy do wykończenia bluzeczki na dole lub na rękawkach. 
          Miałam jej jeszcze dać 100 rupii na spodnią spódnicę pod sari, ale zapomniałam, i poszła z Anką. 
           


           W najbliższym sklepiku kupiliśmy kalafiorka, dwie marchewki, cztery ziemniaki i pora, bo postanowiłam ugotować zupę jarzynową. Trochę już mieliśmy dość ostrego białego ryżu. Obiadek pyrkał, my czytaliśmy książki i było cudownie. Po zjedzeniu zupy położyliśmy się na chwilkę i spaliśmy do wieczora. 
          Poszliśmy do kantyny hinduskiej na kolację. Oczywiście osobno. Mężczyźni i kobiety wchodzą osobnym wejściem i nawet nie widzą się w czasie jedzenia.
          Wychodzę, a mój Ukochany czeka na mnie z jakąś pięknie i fantazyjnie  ubraną kobietą i pyta - “Poznajesz, kogo spotkałem?” -
          Mam głupią minę, bo dobrze, że rozpoznaję własną rodzinę, a tu takie pytanie. Chwilę się ze mną droczą, w końcu okazuje się, że to nasza znajoma, Lusia, uczestniczka warsztatów sprzed sześciu lat. Dobrze, że mój Ukochany jest taki charakterystyczny, bo to ona go poznała. 
          Zapomnieliśmy jej powiedzieć, że dopiero co odrosła mu broda, którą zgolił miesiąc temu, pierwszy raz w życiu. Przeżył szok oglądając swoją dorosłą, dojrzałą twarz, bo pamiętał ją jako młodzieńczą. Bez brody na pewno by go nie rozpoznała. 
          Pogadaliśmy chwilkę. Nie widzieliśmy się przez sześć lat i tu spotkaliśmy się, jakbyśmy byli umówieni. 

        

 Koło budki z kawą siedziała na murku cała grupa Elżbiety i Marii,Irek i jeszcze kilka osób. Między innymi lekarz, który przyjaźni się z naszymi dobrymi znajomymi, także lekarzami. 
         Świat jest teraz taki mały. Wybierają się jutro na jogę do kliniki ayurwedycznej doktora Rao na godzinę szóstą rano. Umawiamy się na piątą trzydzieści, bo trzeba tam podjechać tą śmieszną trójkołową taksówką. Bardzo się cieszymy, bo jeszcze nią nie jechaliśmy. 

                                                                                                                                >Zdjęcia własne<
                                    

wtorek, 26 lutego 2013


         …Bóg stworzył świat i nadal go stwarza. Tak to sobie wyobrażam. 
         Gdy zechce urzeczywistnić jakiś swój nowy pomysł, wysyła na Ziemię Anioła, zaopatrzonego w szczegółowe instrukcje, jak zrealizować myśl bożą na świecie i obdarza go odpowiednimi do zadania talentami. 
         Anioł żyje wśród ludzi w ludzkim ciele, lecz jego zdolności i niezachwiana wiara w ideę, którą chce, a nawet musi wprowadzić w życie, czynią go istotą niezwykłą, wyróżniającą się z otoczenia. Zaczyna realizować zadanie. Nie ma wzorców, nie ma prekursorów, działa sam z nieodpartego, wewnętrznego impulsu. Jest skuteczny i perfekcyjny, skupiony na wykonaniu zadania. 
         Choć Ziemia jest piękna, kusi różnymi nieznanymi rozkoszami, Anioł wszystkie odrzuca, by skupić się wyłącznie na celu, który wyznaczył mu Bóg. Temu poświęca swoje ziemskie życie.
        Gdy odchodzi, jego dzieła nikt nie podejmuje, a jeżeli już, to nie może mu dorównać, dlatego Anioł nie ma naśladowców, ani kontynuatorów. Jego dzieło jest skończone, naznaczone boską doskonałością i nic mu nie brakuje.           
        Z jego pracą nie można konkurować, nie jest możliwe kontynuowanie jego drogi.
        
         W swoim życiu zauważyłam wiele Aniołów. Niektóre może nawet spotkałam osobiście, inne na łamach ich książek lub poznałam po stworzonych przez nie niezwykłych dziełach.
        Gdy czytam “Małego Księcia”, “Ziemię, planetę ludzi” i inne książki Antoina Saint-Exupery, nie mam wątpliwości, że był Aniołem. Dlatego nikt nie pisze tak, jak on. Nikt go nie naśladuje, choć wywarł ogromny wpływ na współczesnych i następne pokolenia. 
        Jego światło emanuje z każdego słowa, filozofia życiowa przekazana została klarownie, bez ozdobników przesłaniających szlachetność i czystość jego duszy, a nauki są zrozumiałe i jasne dla wszystkich kultur i każdego poziomu intelektualnego czytelnika. Po prostu są uniwersalne. 
         Pisarz Og Mandino określił to następująco: -”Niektóre książki pisane są ręką Boga”- . 
I to święta prawda.
         Wiem, że był Aniołem, bo Anioły szczególnie kochają latanie! A on latał całe swe dorosłe życie na małych, prymitywnych samolocikach. Przeżył wiele awarii i katastrof. To w czasie jednej z nich spotkał Małego Księcia. 
        Aż pewnego dnia w 1944 roku wsiadł samotnie do swojego samolotu , poderwał go do lotu i odleciał na zawsze. 

        Tak rozmyślałam siedząc na jakimś zakurzonym bloku na środku wielkiej budowy, która może nigdy nie zostanie ukończona, bo zabrakło świetlistej duszy, która ożywiała te kamienie.



        Hiszpania, Barcelona, Sagrada Familia, Antonio Gaudi.
      


 Katedra Świętej Rodziny, która “może nie ostatnia zostanie zbudowana, ale będzie pierwszą z nowej generacji” - tak określił ją jej twórca, Anioł, o którym chcę dziś opowiedzieć. 
        Tu, na środku tego podwórza, które jest niedokończoną nawą katedry, wśród ścian, jak ze snu, łuków, których nikt inny nie wymarzył, detali precyzyjnych i pełnych fantazji, tu tworzył Gaudii. 
      Jego sztuka urodziła się w pełni gotowa, przyszła na świat razem z nim, z nim dorastała i dojrzewała, by w końcu przybrać widzialne kształty budowli organicznych, jak zastępy zastygłych fal, wodospadów, które zatrzymały się wpół skoku, motylich skrzydeł, ptasich piór, falbanek sukien elfów i wróżek. Czegoś tak niesłychanie zwiewnego, lekkiego i eterycznego, choć zbudowanego z kamienia, że nie ma sobie równych. 
      
 Nigdy w życiu nie widziałam kamieni tak lotnych, w końcu to dzieło Anioła.
       Kamienne wieże Sagrada Familia w ogóle nie mają masywności, ciężaru. Wyglądają, jakby dziecko ukapało je nad morzem z mokrego piasku. Właśnie - nie zbudowało lecz ukapało, nie ma na to innego określenia.
       Wewnątrz wież ślimakiem kręcą się schody, jak skręty muszli, precyzyjne i swobodne, ukazujące wciąż nowe, zaskakujące widoki, niespodziewane perspektywy katedry, Barcelony i morza. Koronkowe przejście łukiem pomiędzy wieżami pozwala na jeszcze jedno niezwykłe odkrycie - powierzchnie wież w wielu miejscach pokryte są mozaiką z rozbitych kafelek - białe gołębie z rozpostartymi skrzydłami przysiadły swobodnie na kamiennych ścianach.
        Przypominam sobie moje zaskoczenie, gdy wchodziłam bocznymi, zewnętrznymi schodami na dach katedry w Mediolanie i nagle dostrzegłam, w miejscu prawie całkowicie niewidocznym, wypukłą witkę winorośli, którą jakiś dawny rzeźbiarz wykuł na kilku sąsiednich kamieniach. Miałam wrażenie, że po prostu z czystej radości tworzenia, bo w średniowieczu oprócz gołębi i chmur, nikt inny nie odwiedzał katedralnych dachów.


        
          Na wieży Sagrada Familia białe gołębie zdawały się zjawami z innego świata, które na ulotną chwilkę zmaterializowały się tylko po to, by mnie wprawić w zadziwienie.
       
          Błądziłam w tym kamiennym lesie, w którym każdy blok, każdy kamień był inny, choć podobny, jak w prawdziwej puszczy, w której drzewo podobne jest bliźniaczo do drzewa, a jednak nie ma dwóch takich samych.


      Geniusz Gaudiego wzniósł się w tym dziele na niedostępne wyżyny. 


      
       Gdy był już stary, przeniósł się do katedry i mieszkał w niej, jak w domu, by nie tracić z nią kontaktu nawet w nocy, bo Anioły dobrze wiedzą, kiedy mają odejść.
      Wpadł pod tramwaj na słonecznej barcelońskiej ulicy i został pochowany w katedrze. Ona stała się jego ciałem, w którym dziś bije jego serce.
       Budowę katedry kontynuują następne pokolenia od chwili jego śmierci w 1926 roku. Pozostawił niezwykłą makietę, którą można zobaczyć w podziemiach katedry, gdzie wisi do góry nogami obciążona malutkimi woreczkami z piaskiem. 
W ten niespotykany sposób Gaudi sprawdzał statykę swojej budowli.



      Jego projekt został wiele razy uproszczony, zubożony o detale. 

Obecnie odlewa się z betonu, udającego sztuczny kamień, poszczególne elementy, bo nie ma już rzemieślników zdolnych wykonać tak wielkie, precyzyjnie wyrzeźbione bloki. 

Katedra jest budowana już sto lat, a wciąż daleko do jej ukończenia. Pod tym względem wpisuje się do rejestru średniowiecznych katedr, które także budowano po kilkaset lat.
     
 Katalończycy rozumieli wielkość, niezwykłość i siłę dzieła Antonio Gaudiego. 
W dalekim Watykanie toczy się jego proces beatyfikacyjny, ale czy można Aniołowi nadać jeszcze więcej świętości?
        

        
          >Zdjęcia własne<

niedziela, 24 lutego 2013


Część 14.

       Strasznie się zdenerwowałam, nie dlatego, że go nie ma, tylko mam gdzieś wszczepiony, z jakiś wcześniejszych wcieleń, czy jak to określić, upiorny lęk, że zniknie bez śladu, że wyjdzie do sklepu na rogu po zapałki i nigdy nie wróci, a ja nie będę nawet wiedziała, czy żyje i co się z nim stało. 
       Przypomniał mi się natychmiast nasz pobyt w Alpach niedaleko Grazu. Było piękne czerwcowe popołudnie, jechaliśmy nieśpiesznie krętą drogą wypatrując pięknych widoków, gdy ujrzeliśmy na skałach, niezbyt wysoko nad nami, ruiny zamku. Nie wiem dlaczego, ale postanowiliśmy w mgnieniu oka, że musimy je zobaczyć z bliska. 
        Za zakrętem tablica informowała, że są to ruiny średniowiecznego kasztelu rycerskiego. 
        Zaparkowaliśmy i krętą, ale dość szeroką drogą poszliśmy w górę. Ruina pewnie dostała jakąś sporą dotację, bo okazała się nie taką zupełną ruiną, na jaką wyglądała z dołu. Składały się na nią dwa zamki - górny i dolny. Mury obronne były w całkiem niezłym stanie wokół fragmentów zamku górnego, a zamek dolny był prawie nienaruszony. Wiodła do niego ufortyfikowana ścieżka i most. 
        Mój Ukochany koniecznie tam chciał pójść, ale mnie nie chciało się schodzić poniżej, skoro już wyszłam tak wysoko. Machając do mnie, stojącej na murach, wesoło ręką, mój Ukochany zniknął z pola widzenia. 
        Oprócz mnie nie było nikogo. Stałam sama w ciszy, słońce chyliło się ku zachodowi, lekka mgiełka otulała nieprawdopodobnie rozległy widok dalekich gór i dolin alpejskich. Na horyzoncie ledwo widoczne ostre granie zamykały panoramę. 
        Było już trochę chłodno, owinęłam ramiona szalem. I nagle stało się coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Jakby szal odgrodził mnie od współczesności. Jakby był przełącznikiem. 
        Stałam na murach, patrzyłam na krajobraz, który trwał przez wieki niezmienny w swym dostojeństwie i moje serce przepełniał ból nie do zniesienia. Zatykający oddech w piersi ból ogromnej straty. 
        Stojąc na murach widziałam scenę twojego odjazdu. Już cię pożegnałam, przytuliłam, pocałowałam po raz ostatni. Teraz stoję tu na górze, by cię jak najdłużej widzieć. Nie wiem, kim jesteś w orszaku, który się oddala. Nie wiem, kim ja jestem oprócz tego, że jestem kobietą stojącą na murach. Wypatruję oczy, by coś jeszcze zobaczyć, by czymś nasycić tęsknotę, która już budzi się, rośnie i wypełnia cały świat, nieśmiertelna jak głaz. Jeszcze błysnął refleks zachodzącego słońca na wypolerowanym metalu i wszystko zniknęło we mgle wieczoru. 
         Jak długo stoję na tych murach, czekając na ciebie, ile lat mija, ile śnieżnych zim, ile krótkich, letnich wieczorów, takich jak dzisiejszy, ile łez, ile nadziei trwa czekanie na ciebie. Ja starzeję się, słabnę, a ty jesteś wiecznie młody, ty w moim sercu nigdy się nie zmieniasz. Twoich czarnych włosów nigdy nie oprószyła siwizna, twoje oczy wciąż są niebieskie, jak niezapominajki. W moich wspomnieniach stałeś się nieśmiertelny. 
         A ból wrósł w każdą cząstkę mojego ciała, w każdy włos, każdy paznokieć. Włosy i paznokcie się obcina, ale nie można odciąć bólu. Jest zakodowany w każdej komórce. Gdy taki ból przeżyjesz, nie możesz się go pozbyć w żaden sposób. Jest wieczny, jak ten krajobraz. Mija życie, a ta informacja pozostaje i jest niezniszczalna. 
        Stałam na murach długo, niema i nieruchoma, ze wzrokiem zamglonym łzami, jak kamienny posąg rozpaczy, przeżywając coś, może tylko fantazję, może jakąś wizję, aż przyszedłeś zadowolony i zziajany. 
-  “Szkoda, że nie poszłaś zobaczyć” - powiedziałeś.           
          Nic ci nie powiedziałam, a ty nic nie zauważyłeś. Ale tak jakoś się stało, że tęsknota i strach, raz obudzony, nie chcą zniknąć.
        Od tego czasu wiele snów śniłam, w których odchodziłeś, odjeżdżałeś, by nigdy nie wrócić, gdy znikałeś bez wieści, a ja zostawałam, by czekać i czekać każdego dnia. We śnie czułam cię przy sobie, ale choć bardzo się starałam, nigdy nie mogłam cię zobaczyć. Czasem budziłam się i znów zasypiałam, starając się zmienić treść snu, czasem nawet mi się to udawało i śniłam szczęśliwe zakończenie, twój powrót. 
         Rano wstawałam i zapisywałam sen na komputerze. I w ten sposób bardzo realne, ale ulotne wizje, jakie miałam we śnie, skamieniały w słowa i w każdej chwili mogę je przywołać. Miałam nadzieję, że gdy uda mi się we śnie zmienić zakończenie, w jakiś sposób odczaruję tę pierwszą wizję, ale rozpacz rozłąki i tęsknota tak naprawdę nigdy całkiem nie zniknęła.  
 

                                                                                                                                      >Zdjęcia własne<