sobota, 16 marca 2013


Część 19

        Ćwiczenia się kończą, schodzimy na parter, odkładamy maty na miejsce. Klinika doktora Rao też już obudziła się ze snu. Śliczna, zgrabna i niezwykle cierpliwa Hinduska z dużą domieszką krwi skośnookich zapisuje nas na dwunastą na diagnozę do dr Rao.
        Wracamy tuk-tukiem do miasta, idziemy na śniadanie do aśramu, do stołówki europejskiej. 
         I tu ciekawostka. W hinduskiej stołówce nie zdejmuje się butów, a w europejskiej tak. Ciekawe, dlaczego? Nie myje się też rąk przed jedzeniem, chyba, że ktoś jest bardzo zdesperowany i odnajdzie umywalkę w najdalszym kącie. Jedzenie pyszne i o wiele bardziej różnorodne, niż w hinduskiej, ale też o wiele droższe. W cenie obiadu w hinduskiej stołówce, jak na europejskie i amerykańskie warunki i tak bardzo, bardzo tanie.
         Następna ciekawostka jest taka, że w hinduskiej stołówce w ogóle nie podają śniadania, tylko dwa posiłki: południowy i wieczorny.
         Wracamy do kliniki dr. Rao punktualnie o dwunastej, czekamy trzy minuty i możemy wchodzić, uprosiwszy uprzednio Marię, żeby była naszą tłumaczką. 
         Najpierw wchodzi mój Ukochany. Maria tłumaczy, że trzy dni temu miał atak nerek, piasek albo nawet kamień i że taki sam atak miał w domu około pół roku temu. 
        Doktor Rao starannie bada puls, ogląda stopy, kostki, potem oczy, tęczówkę i powieki od środka, a potem pyta Marię, czy naprawdę dobrze ją zrozumiał. - “Czy pani dobrze tłumaczy, czy pani znajomy miał naprawdę atak nerek?” - Zaskoczona Maria potwierdza.
-“Tutaj nie ma żadnych śladów przebytej choroby. Jeżeli nawet była, to znikła bez najmniejszych śladów“.- dziwi się dr Rao i mówi - “jest pan zupełnie zdrów! “- 
       Czyżby jednak Swami maczał w tym paluszki?
       Potem wchodzę ja z Marią, dostaję proszek z ziół do rozmieszania z miodem i syrop. Diagnoza jest bezpłatna. Lekarstwa trzeba wykupić w aptece dr Rao, moje kosztują mniej więcej 5 dol. amerykańskich - dodano do nich także słoiczek miodu. 
        Można też poddać się masażowi ajurwedyjskiemu, albo masażowi shirodara polegającemu na polewaniu ciepłym olejem. Niestety dr Rao nam go nie przepisał.
         Przed kliniką stoi rząd tuk-tuków, tak wielu przyjeżdża tu chętnych. My jako pacjenci, mieliśmy numer kolejny 28986 i 7. 
        Wracamy do Puttaparthi i idziemy na obiad. Potem mój Ukochany uczy się angielskiego, a ja czytam książkę leżąc na naszym materacu.
        Po południu darśan, wieczorem kolacja i plotki z rodakami na murku przy budce z kawą, której już nikt z nas nie chce pić. 
        Umawiamy się na następny dzień na zwiedzanie Muzeum Wszystkich Religii.

wtorek, 12 marca 2013


Część III

        Chora i bez leków, bez większych szans na fachową pomoc medyczną, wylądowałam w tunezyjskim raju, by spędzić w nim dwa tygodnie. Chciałam zmierzyć się ze swą chorobą korzystając przede wszystkim z potęgi mojej podświadomości. 
         Od lat czułam, że przyjdzie dzień, gdy wbrew prognozom lekarzy, będę zdrowa.   
         Przygotowywałam się na tę chwilę przez siedem lat, krok po kroku przebudowując moje życie. Wiedziałam, że powtarzając wciąż te same czynności, tkwiąc w tych samych układach, kultywując ten sam sposób myślenia, niczego nie osiągnę. Ten styl życia, myślenia i działania doprowadził mnie do ściśle określonych wyników - do choroby. 
         Postanowiłam zmienić radykalnie wszystko - sposób życia, myślenia o życiu, podejście do pracy i ludzi, zmienić otoczenie, znajomości, a nawet kraj i język.
        Zerwałam ze wszystkim i porzuciłam wszystko tak, jakbym umarła. I to chyba był moment, w którym na nowo zaczęłam żyć. 
         Lecz te wszystkie sprawy z całą wyrazistością uświadomiłam sobie dopiero wiele lat później. W tamtym momencie działał przede wszystkim instynkt, przemożny impuls ratowania swojego życia. 
        Teraz, jadąc do Tunezji, wkroczyłam w następną fazę. Z taką samą determinacją postanowiłam żyć bez leków, bez konieczności zażywania dwa razy dziennie dużych dawek hormonów tarczycy. 
         Ponieważ przez wiele lat czułam ucisk w gardle, jakieś zamknięcie, zdławienie, ograniczenie możliwości wypowiadania się, a medycyna traktowała to jako moje nieszkodliwe przewrażliwienie, postanowiłam odwołać się do innych, niż zachodni, systemów medycznych. 
         Kupiłam wszystkie dostępne dla mnie książki o medycynie chińskiej i ze zdumieniem odkryłam zupełnie inne podejście do zdrowia i choroby. My idziemy do lekarza, gdy jesteśmy chorzy, czasem czekamy z tym na ostatni moment, gdy choroba jest już bardzo zaawansowana. Mieszkaniec Wschodu w tym momencie zwalnia swojego lekarza, bo ten nie zatroszczył się o jego zdrowie! Bo lekarz w medycynie Wschodu cały czas opiekuje się zdrowiem swojego pacjenta, niezwykle bacznie go obserwując. 
          Nigdy wcześniej nie dotarło do mnie z taką siłą, że europejska medycyna rozwijała się poprzez badanie martwego ciała, krojenie go i wyciąganie wniosków z wyglądu tkanek, że może dla anatomopatologa jest to wspaniała wiedza, ale dla mnie, żywego organizmu, na nic nie przydatna! Że przede wszystkim diagnozowanie jest w naszej medycynie bardzo słabe. 
         W moim przypadku prawie pół roku badań przy pomocy analiz medycznych i nowoczesnego sprzętu nie przyniosło rezultatu. Przyczynę mojej choroby odkrył lekarz, który poświęcił wiele godzin na rozmowę o stylu życia, jaki prowadzę, o tym co jem, a potem precyzyjnie oglądał moją skórę, naciskał moje ciało, badał mnie zupełnie, jak na współczesnego lekarza, niekonwencjonalnie. Poświęcił na to tyle czasu i uwagi, bo grał z moim kuzynem w szachy! On odkrył, że mam szorstką skórę dłoni i kolan, i wyciągnął z tego właściwe wnioski. Skierował mnie do koleżanki endokrynologa. Ona już tylko ustaliła dawkę hormonów.
         Teraz ja też postanowiłam zająć się moim zdrowiem niekonwencjonalnie. Postanowiłam nie oddawać tego, co mam najcenniejsze, w ręce obcych, lecz wziąć sprawę we własne ręce! 
         Mój Ukochany wierzył, że mi się to uda i wspierał mnie, tym bardziej, że w pełni zdawał sobie sprawę z konsekwencji.
         Dzień zaczynaliśmy od długiego spaceru brzegiem morza. Choć nie miało ono takich ilości potrzebnego tarczycy jodu jak Bałtyk, było ciepłe i łagodne. Po śniadaniu masaż. Choć mój Ukochany nie jest masażystą, masował mnie tak, jak podpowiadało mu jego serce bym mogła wyciszyć się i zrelaksować. Przystępowałam do ćwiczeń. Znalazłam ich zestaw w jakiejś książce o jodze. Dotyczyły uruchomienia czakry gardła i wyregulowania całego systemu czakramów.
         System mówiący o równowadze energetycznej naszego ciała znany jest i kultywowany w medycynie Wschodu co najmniej od pięciu tysięcy lat. My możemy powiedzieć, że jest to system obcy, nieznany, niedawno odkryty dla nas, mieszkańców Europy. A jednak wydaje mi się, że to nieprawda. System ten jest tak silnie wpisany w podświadomość, że chyba jest jakimś pierwotnym, najgłębiej odczuwanym przez człowieka systemem. 
         Nauka o czakrach mówi, że w ciele znajdują się centra energetyczne, niektóre większe, inne mniejsze, jest jednak siedem podstawowych, usytuowanych w miejscach, gdzie mamy gruczoły dokrewne. Przedstawiane są jako wirujące kule, wiry energii. Gdy któryś czakram jest zablokowany, energia wiruje z mniejszą siłą, gdy zaś prawie zupełnie jest zamknięty, wywołuje chorobę w obrębie danego gruczołu. Potem nierównowaga energetyczna zatacza coraz większe kręgi powodując niewłaściwe działanie innych czakr i co za tym idzie, całego organizmu.


          Dlaczego sądzę, choć to może tylko moje zdanie, że system czakr jest znany całej ludzkości, choć przeważnie zupełnie zapomniany? 
          Ponieważ jego ślady przetrwały w najstarszej, najbardziej elementarnej warstwie naszej kultury - w języku. Czyż nie mówimy, że czyjeś serce jest zamknięte, że wątroba się w nas gotuje ze złości, że krew nas zalewa. A o dobrym, łagodnym człowieku zaś mówimy, że ma serce otwarte na ludzką niedolę? 
         Te skojarzenia występują we wszystkich językach europejskich.
Dla mnie centra energetyczne są łatwe do wyobrażenia i dlatego postanowiłam ćwiczyć i wizualizować ich działanie.
Rozpoczęłam od czakry podstawy. Przy odpowiedniej muzyce wyobrażałam sobie wirujące kule energii, czy może plazmy w kolorze czerwonym, pomarańczowym, złotym. Im wyżej w górę kręgosłupa, tym miałam większe trudności z wywołaniem obrazu wirującej kuli. Na wysokości gardła, mimo ćwiczeń jogi, nie potrafiłam wyobrazić sobie kręcącego się wiru. 
I nagle przyszedł mi do głowy zupełnie zwariowany obraz z jakiegoś niemego filmu. 


        Pilot siedzi w kabinie malutkiego samolociku, a mechanik usiłuje uruchomić silnik kręcąc śmigłem samolotu. Tak jak stare samochody uruchamiało się korbą. Mechanik szarpie śmigło tyr, tyr tyr... nic z tego, więc znowu szarpie. Tyr, tyr, tyr, teraz ja starałam się pomóc mechanikowi i znowu nic. 
      Tak wciągnęła mnie ta zabawa w wyobraźni, że siedziałam nieruchomo z zamkniętymi oczami nie wiem jak długo.

        I nagle sukces - śmigło zrobiło kilka obrotów, zanim znów stanęło! Więc próbowałam dalej. Tyr, tyr, tyr… I nagle silnik zaskoczył, śmigło zaczęło się kręcić, potem zobaczyłam już tylko mgiełkę z przodu samolotu - silnik działał!

        Od tego momentu dzień w dzień wyobrażałam sobie malutki samolocik i mechanika. Tylko, że teraz śmigło kręciło się w moim gardle. Czasem od razu udawało mi się uruchomić 
silnik, czasem potrzeba było dłuższej chwili. Ale zawsze w końcu śmigło ruszało na ogromnych obrotach.
        Mijały dni, czułam się wspaniale. Nie byłam wcale zmęczona. Kąpałam się w wodzie z aromatycznymi olejkami, byłam masowana. Czułam ogromną więź z moim Ukochanym. Rozmawialiśmy godzinami. Pływaliśmy w morzu albo w basenie z podgrzewaną morską wodą, spacerowaliśmy brzegiem morza, opalałam się na leżaku pod palmami wśród ćwierkania wróbli budujących gniazda. Jadłam różne egzotyczne potrawy, piłam miętową herbatę w złoconych szklaneczkach, specjalność Orientu. Ćwiczyłam całymi godzinami, słuchałam muzyki otwierającej czakry, bo już wiedziałam, że to właściwa dla mnie droga. Byłam tak radosna, tak szczęśliwa, po prostu w euforii. Jak w raju!
       Wróciliśmy do domu. Mijały tygodnie, miesiące, a ja czułam się świetnie, czułam, że jestem zdrowa. Pierwsze, co zrobiłam po powrocie, to wyrzuciłam lekarstwa. Poza tym ćwiczyłam w dalszym ciągu. Może już nie tak intensywnie jak w Tunezji, ale systematycznie. Po roku zrobiłam pierwsze badania. Wypadły tak dobrze, jakbym nigdy nie była chora. 
         Na pewno była to najważniejsza i najdalsza podróż w moim życiu.
Bo podróż do raju, gdziekolwiek byśmy go odnaleźli, pozwala wrócić do utraconej równowagi, do harmonii ciała i duszy, odkryć na nowo drogę do własnej podświadomości, która przecież wie, co dla nas jest najlepsze....

                                                                                                             >Ilustracje z internetu<

niedziela, 10 marca 2013


Część 18.

         Czym różni się Śhiwa, który odrąbuje głowę swemu synowi Ganeszy od Jezusa, który przeklina drzewo figowe, ponieważ nie rodzi owoców w zimie?
         Obaj są wspaniałymi wysłannikami Absolutu, ale jednak żyją na ziemi i podlegają ziemskim emocjom i ziemskim iluzjom. Przyjęli ludzkie ciało ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

          Bo tylko w ten sposób Absolut może doświadczać emocji - poprzez nas.

         Gdy gotuję zupełnie nową wersję starej zupy, bo na przykład nie miałam wszystkich składników lub miałam ochotę na jakieś urozmaicenie, mówię do Ukochanego - “ Dziś Bóg wymyślił nową zupę, a ja ją zrealizowałam”. Zawsze jest wyjątkowo pyszna, bo wszystko, co Bóg stworzył jest dobre, jak mówi stara Biblia. 
         W moim rozumieniu Bóg tworzy przez nas i przez nas bawi się światem, swoją zabawką. W pewnym momencie mówi do siebie: - “Chcę stworzyć zupę dyniową w wersji, jakiej jeszcze nie było“. - 
        Wielu kucharzy na Ziemi ma w tym momencie pomysł, by ugotować tę zupę, ale tylko kilku akceptuje boski przepis i gotuje według niego. A czasem tylko jeden. Ci, którzy jedzą taką zupę mówią - “Co za genialny kucharz!“ -, bo nie wiedzą, że to Bóg gotował jego rękoma. 
        Bardzo łatwo jest działać według wskazówek Boga. Wystarczy tylko wszystko robić w skupieniu - malować, pisać, haftować, kochać się, budować, prowadzić badania, gotować itd., by usłyszeć ten boski przepis. 
I jestem pewna, że wielu ludzi potrafi rozpoznać dzieła boskie stworzone przez ludzi według Jego wskazówek. Po prostu są doskonałe.  

        Chcę, by życie było dla mnie jedyną formą Boga. Uważne obserwowanie życia, kontemplowanie życia w każdej postaci, zachwycanie się życiem. 
         Przeżywanie, doświadczanie życia. Przeżywanie, doświadczanie Boga.
        Tak jak teraz obserwuję i biorę udział w spektaklu wschodu słońca. Pięknym, celowym, niezwykłym i chociaż wciąż tym samym, jednak za każdym razem innym.



 >Zdjęcie z internetu<

sobota, 9 marca 2013


Część II.          

  Tak jak mówiłam, Tunezja wczesną wiosną jest rajem na ziemi. Łagodna bryza od morza, aleje palmowe, szafirowe baseny wśród ogrodów hotelowych tonących w zieleni i kwiatach, piaszczysta plaża. Żyć, nie umierać!
            I ja właśnie przyjechałam tu, by żyć. Żyć bez lekarstw. 
Ale najpierw o Tunezji. Pojechaliśmy po raz pierwszy na wczasy zorganizowane przez biuro podróży. TUI - piękne podróże. Chcieliśmy, by żadne przyziemne troski nie zakłócały nam pobytu, który w całości lub prawie w całości chciałam poświęcić na wyciszenie i samoleczenie.


          Biały hotel wśród palm całe wewnętrzne ściany miał pokryte kafelkami w orientalnym stylu, w kolorach niebiesko, zielono, złotym. W pokoju wykafelkowane było nawet podwyższenie, na którym leżał luksusowy materac i bardzo piękna satynowa pościel. Białe zasłony powiewały na wietrze, jak w filmie, a za oknem tropikalny ogród pełen kwiatów kusił do przechadzki. 
          Śniadanie w formie szwedzkiego stołu, chyba kilkunastometrowej długości. Za stołem kelnerzy w czerwonych kamizelkach i fezach podawali rozliczne potrawy, których nazw nawet nie starałam się zapamiętać. Rozmowy przy stołach i wśród obsługi tylko w języku francuskim i niemieckim. 
            Mimo zaplanowania sobie zupełnie innych zajęć, skusiliśmy się na wycieczkę do Tunisu i Kartaginy.


            Nasz przewodnik miał duże poczucie humoru, i wydaje mi się, że również odwagę, gdy pokazał nam w Tunisie z okien autokaru pięciogwiazdkowy hotel z pełnym wyżywieniem i obsługą za darmo, jak mówił. Jednak wysokie mury, maleńkie, zakratowane okienka i wieże strażnicze nie pozwalały mieć złudzeń, co do przeznaczenia tego hotelu.
            Zanim poszliśmy na bazar, zostaliśmy uprzedzeni o konieczności noszenia przez kobiety maxi spódnic i bluzek z długim rękawem. I trudno się dziwić, arabskie kobiety owinięte były od stóp do głowy kremowym materiałem, przytrzymywanym od spodu ręką. Jeżeli niosła jedną siatę z zakupami, było jeszcze jako tako, jeżeli niosła dwie siaty, to materiał musiała trzymać w zębach. Wcale nie robię sobie hecy. Na  suku, czyli zadaszonym bazarze, gdzie można się zupełnie zgubić w krętych uliczkach i przejściach, pooglądaliśmy sobie różne wyroby. 
         Gdy sprzedawcy usłyszeli, że mówimy po polsku, od razu znaleźli się elegancko, odśpiewując nam: "Monika, dziewczyna ratownika" i potem jeszcze wśród gwaru wielonarodowych rozmów, raz po raz słyszeliśmy tę piosenkę. Chyba w ten sposób przekazywali sobie wiadomość, że nadchodzą Polacy, choć było nas tylko dwoje w niemieckojęzycznej grupie.


          Jeżeli ktoś chce kupić zapachowe bazy perfum, to właśnie w Tunisie jest we właściwym miejscu. Tunezja słynie bowiem z dostarczania do Francji olejków zapachowych, nawet do najdroższych perfum. Dlatego była dla Francji taka cenna przed wojną, ale nie była kolonią, tylko protektoratem, co z naciskiem podkreślał nasz pan przewodnik. 

Ulice Tunisu wyglądały trochę tak, jakby trwał strajk generalny we wszystkich dziedzinach gospodarki Tłumy dorosłych mężczyzn stały grupkami na ulicach. Nasz przewodnik poinformował nas, że bezrobocie jest ogromne, czasem w całej wielopokoleniowej rodzinie pracuje tylko jeden mężczyzna. 
        
 Był to okres tuż przed Ramadanem. Na trawnikach dzieci pasły baranki przeznaczone na świąteczną ucztę. Dobrze, że w Europie baranki świąteczne są z cukru. 

         Dojechaliśmy w końcu do miejsca, gdzie stała Kartagina.





         Skalisty półwysep nad cudownej urody zatoką był grobem tego fenickiego miasta. Nie całe zostało dotąd odkopane. Na części ruin stoi pałac prezydencki chroniony przez wyprostowanych żołnierzy patrzących bez zmrużenie oczu wprost na turystów. Nie wolno robić zdjęć w tamtym kierunku, uprzedził nas przewodnik. I choć zerkaliśmy co trochę w zakazaną stronę, jednak bez reszty wciągnęła nas historia Kartaginy. 
         Założona przez Fenicjan rozwijała się bez przeszkód, póki nie stała się zagrożeniem dla Rzymu. Raz zburzona, podniosła się z ruin i znów stała się potęgą na Morzu Śródziemnym tak wielką, że zaczęła kolonizować dzisiejszą Hiszpanię. 
         Fenicjanie byli przedsiębiorczymi kupcami, podobno wynaleźli pieniądze, z czego do dziś jedni cieszą się, a inni smucą. 
         W końcu Rzym poczuł się tak zagrożony, że jeden z senatorów, wielki mówca Katon, każde swe przemówienie w senacie kończył stwierdzeniem: „ a Kartagina i tak musi zostać zniszczona”, bez względu na to, na jaki temat mówił. 
         U nas też go naśladował inny wielki mówca, który swe przemówienia kończył: „ a Balcerowicz i tak musi odejść”. 
         Tak silny jest wpływ klasycznego wychowania w Polsce.     
         Katon tak długo męczył Senat, aż doprowadził do wojny z Kartaginą i rzeczywiście została ona zdobyta i zburzona.
          I tu potwierdza się to, co kiedyś pisałam: dobry wróg jest wart naprawdę wiele. Rzym pozbawiony silnego wroga popadł w samozadowolenie i powoli zaczął chylić się ku upadkowi. Upadek Kartaginy stał się przyczyną upadku Rzymu. 

Tak więc kochajmy i szanujmy naszych wrogów, bo dzięki nim zachowujemy czujność!






środa, 6 marca 2013


Część 17.

         
        Dlaczego tak skonstruowana jest ludzka psychika, że koniecznie potrzebuje bóstw na swoje własne podobieństwo, że zauważa i akceptuje tylko wielkości średnie, a w nich Absolut po prostu się nie mieści? 
          Dlatego nasi praprzodkowie widząc na przykład rozszerzający się pożar, który niszczył ogromne połacie lasu lub wylew potężnej rzeki, albo szalejące w czasie sztormu morze, robili jedyną rzecz, jaką mogli zrobić, by oswoić żywioł - w swoim mózgu, jak w komputerze znajdowali polecenie: “zmień rozmiar” i klikali strzałeczką. I od razu dziki żywioł stawał się bóstwem.
        Teraz już mieścił się w ludzkich wielkościach średnich. Jako bóstwo miał swoje imię, swoje życie, namiętności i emocje. Wściekał się lub był łagodny i dobroczynny. Można było mu pomóc ofiarami, rytuałami i modlitwami w jego problemach a on odwdzięczył się, pomagając w ludzkich sprawach. Jak potężny, możny sąsiad, albo władca. 
         I tak bogowie zamieszkali wśród ludzi i w tej pierwotnej, najbliższej naszej psychice postaci, mieszkają po dziś dzień.   
         Stąd przebłagalne rytuały, pielgrzymki i posty, stąd modlitwy, psalmy, mantry i badżany. Zastępcza forma Boga żyje wśród nas i ma się bardzo dobrze.
        Jeżeli odmówisz ileś tam litanii, nowenn, cząstek różańca, to bóstwo ci się odwdzięczy. Jeżeli zamówisz ileś tam mszy, nabożeństw i do tego pójdziesz na pielgrzymkę, to przekupisz bóstwo jeszcze skuteczniej. 
        I obojętne, czy to Allach, Śhiwa, Jezus, czy Jahwe. Według ludzkich kryteriów - coś za coś - to najlepiej sprawdzona metoda. Według ludzkich wielkości średnich - zapewne tak.
        Zapominamy jednak o tym małym kliknięciu: “zmień rozmiar”. To, co odnosi się do ludzi, działa według ludzkich zasad. To, co odnosi się do Absolutu…
        W moim ultra, podobno, katolickim kraju mam wspaniały poligon doświadczalny. Religia biegnie swoją szyną, życie swoją - równolegle i bez żadnych punktów wspólnych i jak prawdziwe szyny nigdy się nie łączą, tak i tutaj tylko katastrofa może spowodować, że na krótką chwilę skręcą się i zwiną i połączą w całość.
        W Niemczech, gdzie mieszkałam kilkanaście lat, jest już trochę inaczej. Pierwszą naszą Wigilię i Święta Bożego Narodzenia, co zawsze ze wzruszeniem wspominam, spędziliśmy w zupełnie nieznanej rodzinie. W rodzinie, która chciała gościć w Święta obcych, cudzoziemców, by w taki sposób uczcić niezwykły klimat Bożego Narodzenia.  
        Bruno i Karin Meyer - pamiętam o Was! 
        Ile osób w moim kraju zdecydowałoby się na to? Wiele osób nie chce przy wspólnym stole w Święta usiąść z osobami, których nie lubią, a co dopiero z obcymi. Ale mimo to na każdym stole stoi pusty talerz dla samotnego przechodnia, którym może okazać się przecież tak gorąco czczony Jezus.
       Pusty talerz i pusty gest. Obłuda, obłuda i obłuda. 
       I tak dwie szyny nie tworzą torów, po których pięknie i bezpiecznie mknie ludzkie życie, lecz oddzielone od siebie biegną w nieskończoność bez żadnej korzyści dla kogokolwiek.


Zdjęcia: >Wschód słońca w Himalajach< Zdzisław Groblewski
             >Zachód słońca nad Zatoką Arabską< - zdjęcie własne

wtorek, 5 marca 2013

Część I

        To była najważniejsza podróż w moim dotychczasowym życiu. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o niej napisać, czy to, co w czasie niej przeżyłam jest możliwe do zaakceptowania przez osoby, które na ten temat nie mają żadnych doświadczeń. Jednak każde tu napisane słowo jest prawdą, sama co dzień zaświadczam o tym swoim życiem.
         Podróż jak wiele innych, która z banalnego przemieszczania się w przestrzeni zmieniła się w podróż do krainy mojej podświadomości, do krainy mojej duszy.
         Tuż przed Wielkanocą przechodząc obok biura podróży zauważyliśmy kuszącą ofertę Last Minut - dwa tygodnie w Tunezji w przystępnej cenie w ośrodku w Hammamet. Wielkanoc była dość wczesna, nie spodziewaliśmy się upałów, tylko miłego trzydziestostopniowego ciepełka. Czasu mieliśmy niewiele, ale wyjazd przygotowaliśmy bardzo dokładnie.
        Lot do Afryki ogromnym Boeingiem wiozącym przeszło 300 osób przebiegł spokojnie, potem godzinka autem, które po nas przyjechało z hotelu i już mogliśmy podziwiać palmy, kwitnącą tropikalną roślinność, spacerować piaszczystą plażą nad ciepłym morzem, kąpać się w basenach wśród bujnej roślinności. 
        Raj.


         
           A jak raj, to pełnia szczęścia, wieczna młodość i żadnych chorób.
Ja jednak od kilkunastu lat byłam chora. Przez tyle lat co dzień zażywałam w dużych dawkach hormony tarczycy i miałam je zażywać przez wszystkie dni mojego życia. 
          Wiele lat wcześniej moja tarczyca zbuntowała się. Zdiagnozowano niedoczynność. A wyglądało na to, że jest to w ogóle nieczynność. Tak że diagnoza „niedoczynność“ wydawała mi się w tej sytuacji raczej komplementem w stosunku do organu, który nie działał.
         Na setkach opakowań, które zużyłam, precyzyjnie było napisane: poniedziałek, wtorek, środa… żeby, broń Boże, nie zapomnieć.
         Mimo wszystko zdarzyło mi się to kilka razy. Wtedy powracały objawy - przede wszystkim zmęczenie tak wielkie, że każdy krok był okupiony koszmarnym wysiłkiem, jakbym brnęła w głębokiej wodzie. Nie mogłam nic zrobić, nie mogłam nawet podnieść rąk, żeby się uczesać. Głos stawał się prawie niezrozumiały, bełkot jak u kogoś, kto zbyt dużo wypił alkoholu. Dlatego nigdy nie rozstawałam się z opakowaniami hormonów. 


          
         Teraz jednak, do tego raju pełnego kwiatów, ptasich świergotów i wypełnionego nieznanymi, orientalnymi zapachami, postanowiłam nie wnosić mojej choroby i jej atrybutów. 
Zrobiłam to po długim zastanowieniu i mocnym, bardzo mocnym stwierdzeniu - dość tego! Nie chcę! Mam tego dosyć! 
I żadnych półśrodków!!!
         Dlatego nie wzięłam ze sobą lekarstw! 

          Zamiast tego w bagażu miałam aromatyczne olejki, muzykę relaksacyjną oraz pobudzającą działanie czakr, kamienie lapis lazuli, kamienie granatu, jedwabną chusteczkę w kolorze szafirowym, kilka książek i dużo, dużo wiary, że sama się uzdrowię.




















                >Zdjęcia własne<

niedziela, 3 marca 2013



Część 16

         Rano pobudka o piątej. Puttaprthi budzi się po czwartej. Śmieciarze zaczynają sprzątanie, ale tak to jakoś sprytnie robią, że nigdy nie jest czysto. Zawsze jakaś część śmieci jednak leży na ulicy. Może mają jakiś system, według którego jedne śmieci biorą, a innych nie. 
        Zresztą i tak wszystko wyrzuca się na ulicę. Właściciele sklepików sprzątają przed swoimi wystawami wymiatając odpadki na środek ulicy, skąd jeżdżące skutery i taksówki wmiatają je z powrotem pod sklepy. 
        I tak zabawa trwa. Nie ma chodników, więc spacerujący lub spieszący gdzieś w interesach łażą po tych śmieciach cały dzień. Handlarze polewają też ulicę przed swoimi lokalami wodą, więc można wpaść w błotnistą kałużę.
        Ale w porównaniu z resztą Indii jest tu podobno wspaniale. Nawet żebracy nie są zbyt nachalni. Nowi znajomi powiedzieli, że to Indie w wersji light. Powinni się reklamować: “Tu możesz bezboleśnie przyzwyczaić się do Indii”.  
        Teraz mieliśmy okazję zobaczyć, jak budzi się miasto. Uliczne garkuchnie już w najlepsze funkcjonują sprzedając gorące mleko i pieczywo sklepikarzom i straganiarzom, którzy układają towar. Sprzedawcy leją mleko do papierowych kubków z takiej wysokości, że to nie do uwierzenia. Tylko Grecy, lejąc z wysoka wino prosto do ust, są tak samo dobrzy w tej sztuce, jak myślę.
         Rząd taksówek już czeka przy bramie aśramu. Znajomi wychodzą i pakujemy się po trzy osoby do tuk-tuka, tak się tu mówi na te trójkołowce, które w pierwotnej wersji miały silnik dwusuwowy i wydawały charakterystyczny odgłos tuk tuk tuk.
         Pojazd ma tylko daszek, więc o piątej z minutami jest dość zimno, gdy pędzimy z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę. Owijamy się moim szalem. 
        Płacimy 20 rupii od taksówki, czyli trochę mniej niż za obiad w hinduskiej stołówce, na jedną osobę to po prostu śmieszna kwota. 
        Jest jeszcze prawie ciemno i kilkupiętrowy dom nie prezentuje się zbyt dobrze. 



        Gdy przyjechaliśmy wiele lat temu do Niemiec z naszej zgrzebnej demoludowej ojczyzny, mieliśmy wrażenie, że wszędzie, ale to dosłownie wszędzie właśnie przeprowadzono generalny remont, tu zaś ma się wrażenie, że już wkrótce trzeba będzie wszędzie generalny remont przeprowadzić.  
        

         Na parterze bierzemy maty do ćwiczeń i idziemy na taras. Tarasy na dachach to wspaniały wynalazek w ciepłych krajach. Tu robi się wszystko: pierze, suszy, kąpie, słońcem grzeje wodę do domowego wodociągu, a wieczorem je i odpoczywa. Taras w Klinice doktora Rao ma ozdobne bariery, oczywiście jest tu zbiornik na wodę, ale też podwyższenie dla prowadzącego jogę lub medytację. 
         Jest szarówka, świeci tylko księżyc prawie w pełni, a na wschodzie Gwiazda Zaranna. 
          Przychodzi prowadzący jogę krzepki starszy Hindus w szarym dresie, siada na podwyższeniu na piętach, zwraca uwagę na właściwą postawę i zaczynają się ćwiczenia oddechowe. 
         Nie biorę udziału w jodze, lecz siadam tuż przy barierce na macie od wschodniej strony i obserwuję rozpoczynający się spektakl. Na ciemnym niebie na wprost mnie jasno świeci samotna gwiazda, wzgórza wokół Puttaparthi są ledwie widoczne. Z czasem niebo trochę różowieje na horyzoncie, zaznacza się jakaś kotlinka wśród wzgórz, widać samotne drzewo, pojawiają się pierwsze, drugie i trzecie plany otulone mgiełką, jak na chińskiej akwareli. 
         Siedzę nieruchomo i swoim podziwem śpiewam mój własny, niewymyślny hymn chwały. Ptaki także śpiewają i cała okolica, jak ja, czeka na ukazanie się słońca. 
         Nagle ptaki milkną i na linii wzgórz pojawia się wyraźna, pomarańczowo-czerwona wstęga, wytryskują płomienie i w siodełku między wzgórzami pojawia się wąski okrąg czerwony jak ogień. Słońce wstało, jak przed milionami lat, jak zawsze.
         Nie dziwię się, że wędrówka ta tak fascynowała ludzi, że budowali, nie szczędząc sił, obserwatoria astronomiczne do badania ruchów planet, bo wiedzieli, że od słońca zależy życie na Ziemi. Faraon Ehnaton zaś uczynił je jedynym bóstwem w Egipcie, co się zresztą dla niego kiepsko skończyło. 
         A słońce jak świeciło, tak świeci, nic sobie nie robiąc z naszych usiłowań. Świeci dla dobrych (w naszym wyobrażeniu) i dla złych (jak nam się wydaje), zupełnie tak samo. 
         I właśnie tak samo, jak myślę, działa Bóg. 
        My sobie coś tam wyobrażamy, do czegoś dążymy, czymś się martwimy, a Bóg, jak życiodajne słońce swym światłem, po prostu otacza nas Miłością. Nie mam takich ambicji jak Ehnaton, ale chętnie sobie wyobrażam, że żyję otoczona światłem, tym życiodajnym, niezwykłym, niedefiniowalnym Boskim Światłem.
        I niech mnie spalą na stosie!
        Bo nie mogę sobie wyobrazić, że coś mogłabym zrobić, by dostać większą porcję tego Światła, na przykład modlić się, umartwiać się, pościć, czy coś jeszcze innego. Dostaję tyle, ile dostają inni, bo wszyscy tu żyjemy. 
I nasze wyobrażenia nic tu nie mogą zmienić. 
         Religie różnymi drogami miały doprowadzić nas do tego samego Domu, a służą podziałom, nienawiści i strachowi. 
         Smutne.     


>Zdjęcia: Zdzisław Groblewski i własne<